piątek, 15 kwietnia 2016

Przerwa techniczna


Nie było mnie tu parę chwil. I jeszcze przez parę nie będzie, stąd ten post.

Nieco się przeliczyłem, kiedy dokładałem sobie kolejnych obowiązków. Okazało się, że nie sposób wydłużyć doby i to totalnie spieprzyło mój cały niecny plan, żeby zostać dobrym chłopakiem, przodownikiem pracy, prymusem na uczelni, mistrzem improwizacji teatralnej i światowej sławy blogerem. A było tak blisko!

Bardziej serio? Nie mam czasu. Musiałem zrobić porządek w życiu, okiełznać listę priorytetów i zastanowić się, ilu z nich jestem się w stanie poświęcić. Wyszło na to, że na bloga - póki co! - nie ma miejsca. Nie zawsze jestem w stanie czytać na tyle dużo, żeby wrzucić tutaj coś co tydzień, a nie chcę prowadzić Co na regale? na pół gwizdka. Post co tydzień, to post co tydzień. Nie da się, to trzeba zrobić przerwę.

Blog wróci. Na sto procent wstanie na nogi w wakacje. Raz, że będę mógł wtedy znów więcej czytać, a dwa, że będę miał czas, aby napisać teksty o książkach, które czytuję sobie teraz. Bo przecież nie jest tak, że nie czytam już w ogóle. Tego bym raczej nie zniósł.

Na ten moment pozostaje mi przeprosić za zaniedbanie. Kiedy jednak trzeba było podjąć decyzję między pauzą a dawaniem mniej niż 100% siebie, wybór mógł być tylko jeden.

Do poczytania w lipcu!

niedziela, 27 marca 2016

Brandon Sanderson - Słowa Światłości

Sanderson zachwyca. Kumpela, dzięki której poznałem Archiwum burzowego światła mówi, że dawno nic jej tak nie pochłonęło jak ten cykl. Podobno są ludzie, którzy ustawiają „Sanderson” jako hasło do wi-fi, a zapytani o nie, odpowiadają „wpisz nazwisko najlepszego pisarza na świecie”. No dobra, słyszałem o jednym takim człowieku. Ale liczy się!



niedziela, 20 marca 2016

Terry Pratchett - Ciemna strona Słońca

Panie i Panowie, stało się. Terry Pratchett mnie nie urzekł. Jestem naprawdę zdziwiony.
To nie tak, że jestem ortodoksyjnym fanem Świata Dysku i nie dopuszczam do siebie myśli, że jakakolwiek inna powieść jego autora może być równie dobra. Nie. Miałem obawy kilka lat temu, kiedy sięgałem po Nację, bo to przecież zupełnie inny klimat, bo to nie Dysk, ale już kilkanaście pierwszych stron rozwiało moje obawy. Dlatego po Ciemną stronę Słońca sięgałem bez obaw. Przecież to Pratchett, musi być dobrze.
Otóż nie.



niedziela, 13 marca 2016

Stuhr, Nowacka - Stuhrmówka

Są tacy ludzie, o których myślimy, że ich znamy. Że znamy ich dobrze, chociaż nie zamieniliśmy ani słowa. Przecież widzieliśmy, jak odnajdują się w różnych sytuacjach, jak płaczą, śmieją się, denerwują i dowcipkują. Wchodzą nam do domów, przebywają chwilę, czasem trochę dłużej. Zostawiają w głowie kilka myśli, parę emocji i odchodzą, żeby – może – wrócić za jakiś czas. Są tacy ludzie. Ci ludzie, to aktorzy.

Maciek Sturh to facet, którego się lubi. Przynajmniej ja się na tym łapię – nie chodzi o to, że lubię postaci zagrane przez niego w Chłopaki nie płaczą, Listach do M. czy Poranku Kojota. Lubię Macieja Sturha, pomimo całkowitej świadomości, że to nie jest ten sam gość, którego widzę w telewizji. Żaden z nich. Sięgając po Stuhrmówkę spodziewałem się, że przeczytam obszerny wywiad z sympatycznym, błyskotliwym gościem. Z kimś, kogo chciałoby się mieć za kumpla.

No i właściwie się nie pomyliłem.



niedziela, 6 marca 2016

Tomasz Mróz - Przejście A8

Bydgoszcz. W mieście w krótkim czasie dochodzi do dwóch zabójstw, których ofiarami padają starsi panowie. Sprawa zostaje przydzielona komisarzowi Wątrobie – ważącemu sto czterdzieści kilogramów facetowi, który jeszcze nie uświadomił sobie, że samotne życie i oddawanie się tylko pracy go nuży. Wątroba musi nie tylko rozwikłać zagadkę – sytuacja zmusza go także do odbycia starcia z samym sobą, innymi policjantami i... siłami piekieł. Jak sprawa wiąże się z historią sprzed wieku? Co ma z tym wspólnego arabska firma produkująca pączki? Jaką rolę odegrają trzej pijaczkowie z osiedlowej ławki? I w końcu – kim, do diabła, jest Nowak?

środa, 2 marca 2016

Dziennikarz

Sporadycznie zdarza mi się popełnić jakieś opowiadanie. Kiedyś pisałem praktycznie co tydzień, dzisiaj dzieje się to już dużo, dużo rzadziej. Ubolewam, ale takie lajf - nie można złapać wszystkich srok za ogon. Na szczęście czasem dalej nachodzi mnie ochota, żeby sieknąć jakiś tekst tego typu. Ten powstał w dość specyficznych warunkach.
Kuba Ćwiek wydaje gazetę. W pierwszym numerze zamieścił zadanie domowe dla czytelników. Chodziło o to, żeby przez kilka dni zbierać pięć randomowych słów i tworzyć z nich historię. To znaczy - pierwszego dnia zdobywamy pięć słów (zebranych na przykład przez losowe skakanie po kanałach albo otwieranie książki na randomowych stronach) i tworzymy z nich historię. Pięć słów z następnego dnia musimy jakoś do tej historii dopasować. I tak jeszcze przez kilka dni. 
Nie pamiętam już słów, które zebrałem. Dwóch chyba nie udało mi się dołączyć, kilka pojawiło się jako totalne detale. Ale tekst wyszedł, więc pozostaje się cieszyć.


niedziela, 28 lutego 2016

E. M. Thorhall - Zamek Laghortów

Kiedy dziewczynki marzą o byciu księżniczkami, średniowiecze jawi im się jako piękna epoka – pełna honorowych rycerzy, miłosnych uniesień i przepięknych pałaców. Gdy te dziewczynki już trochę podrosną, przestają o tym myśleć. Albo – jak w przypadku E. M. Thorhall – piszą o tym książkę. Zdaje się, że właśnie dzięki takim dziecięcym fantazjom powstał Zamek Laghortów, pierwszy tom cyklu Zbrojni.



niedziela, 21 lutego 2016

Jo Nesbø - Wybawiciel

No dobra. Postawmy sprawy jasno. Studiuję, co studiuję. Mam wykształcenie, jakie mam. Można by się spodziewać, że powinienem gustować w literaturze z wysokiej półki, zachwycać się laureatami Nike, a najlepiej to jeszcze zaczytywać się w poezji. Tymczasem jest zupełnie inaczej. 99% poezji nie wywołuje we mnie absolutnie żadnych uczuć, prawie wszystkie nagrodzone książki mnie rozczarowują, a najchętniej sięgam po beletrystykę niższych lotów. Bo czemu nie?

Tym razem też nie zaszalałem. Panie i panowie, skandynawski kryminał.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Piotr C. - Pokolenie IKEA

Jest taki blog. Pokolenie IKEA się nazywa. Ma piękną nazwę, która chyba nie ma prawa nie kojarzyć się ze sceną z filmowego Fight Clubu, w której Norton siedzi na kiblu, przeglądając katalog z IKEI właśnie, a mieszkanie zapełnia się proponowanymi przez szwedzką firmę meblami. Jestem konsumpcjonizmem Jacka. Abstrahując od filmu, a wracając do bloga – jakiś czas temu zaczytywała się w nim moja kobitka. Siedziała przy kompie i szczerzyła się do monitora, a na pytanie, z czego te podśmiechujki, niemal ciągle odpowiadała, że z Pokolenia.

Próbowałem się zainteresować. Przeczytałem kilka albo kilkanaście wpisów. Nie poczułem szczególnego zachwytu, no ale może to ze mną jest coś nie tak. W końcu autorowi udało się wydać książkę – gdyby nie było zainteresowania blogiem, prawdopodobnie nikt nie zdecydowałby się na współpracę z Piotrem C., który prawdopodobnie ma zupełnie inne inicjały. Tak czy owak – wydał książkę. I widać facet jest konsekwentny, bo nazwał ją... Pokolenie IKEA.


Poznajcie Piotra. Większość mówi na niego Czarny. Czarny pracuje w korpo, jest prawnikiem po trzydziestce. Zarabia na tyle dużo, żeby móc prowadzić całkiem dostatnie życie w stolicy. Kluby, przypadkowe kobiety na noc, alkoholizacja ze znajomymi.

Tego... chyba przypadkiem streściłem fabułę całej książki. No ale okej, umówmy się – nie na porywającej fabule jest Pokolenie IKEA oparte. Bo jeśli o historię chodzi, no cóż, nie ma za wiele do zaoferowania. Piotr chodzi do pracy i dupczy, chodzi do pracy i dupczy, a przez to wszystko przewija się Olga, której intencje są tak niejasne i zawoalowane, że zakończenie jest kompletnym zaskoczeniem. Nie, nie jest.

Pokolenie IKEA bazuje raczej na przemyśleniach głównego bohatera. Czarny wprowadza czytelników w świat dorosłego, dobrze zarabiającego mężczyzny ze stolicy. Pytanie tylko, czy jest to świat interesujący? Dla mnie nieszczególnie. To świat prymitywny, w którym większość zajęć, rozmów i myśli sprowadza się do seksu. Ja rozumiem, człowiek to zwierzę, popęd to popęd, ale no kurna. Czytać tę książkę, to trochę jakby oglądać pornola z introspekcjami. Przywiozłem jej pizzę. Praca dostawcy pizzy to świetna fucha. Poznajesz ludzi, w samochodzie pachnie ci pysznym żarciem. Ale nie ukrywajmy – chodzi o seks.

Jest kilka perełek, chociaż nie wiem, czy są tworami autora. Biorąc pod uwagę, że zdarzyło mu się wcisnąć w usta bohatera kilka memów i dowcipów – jestem uprzejmy mieć wątpliwość. Nie zmienia to faktu, że stwierdzenie, jakby facet był niekompletny, dopóki nie znajdzie żony, bo dopiero wtedy jest skończony mnie rozbawiło. Niestety takich momentów jest tam jak na lekarstwo.

Z dwojga złego – wolę bloga. Też jest prymitywny i wulgarny, ale jednak kręci się wokół większej liczby tematów. Książka, chociaż kolejne rozdziały starają się dotykać czegoś innego, jest o rżnięciu.


Fuck. Wyszedłem na świętoszka.

Tytuł: Pokolenie IKEA
Autor: Piotr C.
Wydawnictwo: Novae Res
Data wydania: 2012
ISBN: 9788377223727
Liczba stron: 194

niedziela, 7 lutego 2016

Kaczkowski, Żyłka - Życie na pełnej petardzie

Już dobre kilka lat temu wyrosłem z bycia wojującym antyklerem. Pamiętam, że lekcje religii z liceum służyły mi głównie temu, żeby posprzeczać się z katechetką. Nie jestem już pewien, co dokładnie miałem wtedy w głowie, ale zastanawiam się, jak zareagowałby jeszcze niepełnoletni Barni, gdyby podsunąć mu pod nos wywiad-rzekę z księdzem. Łudzę się, że nie było ze mną aż tak źle, jak mi się teraz wydaje i nie rzuciłbym jej w kąt; w imię kronikarskiej poprawności muszę jednak napisać, że nie mam co do tego pewności.

Dlatego cieszę się, że Życie na pełnej petardzie trafiło w moje ręce dopiero teraz. Właściwie sam je sobie trafiłem, dając je rodzicielce w prezencie Gwiazdkowym. No raczej, że musiała mi pożyczyć.


niedziela, 31 stycznia 2016

Łukasz Orbitowski - Szczęśliwa ziemia

Na tę książkę zdecydowałem się zupełnie przypadkiem. Wpadła mi w oko, kiedy robiłem zakupy świąteczne. Pomyślałem, że skoro i tak przyjdzie mi opłacać koszt przesyłki, mogę coś jeszcze do niej dorzucić. Orbitowskiego słyszałem kiedyś na jakimś konwencie – pamiętam, że byłem wtedy bardzo ciekaw jego twórczości. Chwilę potem musiał wciągnąć mnie games room albo jakieś inne miejsce, bo o pisarzu zapomniałem. Jego nazwisko utkwiło mi jednak w pamięci, żeby teraz powrócić wraz ze Szczęśliwą ziemią.


sobota, 23 stycznia 2016

Chuck Palahniuk - Przeklęci

Przy okazji recenzji Kołysanki wspomniałem, że zamierzam odnownić znajomość z Palahniukiem. Dlatego też dziś parę słów o kolejnej jego książce – Przeklęci. Zanim jednak przejdę do recenzji, pozwolę sobie na chwilę prywaty.

Kiedy zakładałem ten blog, przyświecała mi jedna myśl. Barni, myślałem sobie, za rok nie będziesz musiał wydawać hajsu na książki, bo wydawnictwa same będą ci je przysyłać. Barni, dodawałem w myślach, w końcu będziesz miał pieniądze na randki i alkohole. Barni, kończyłem tę myśl, tylko pamiętaj, żeby sprawdzać mejla. No i co? No i mejl milczy, skurczybyk, a wydawnictwa jeszcze nie poznały się na moim geniuszu. Ale nie zmienia to faktu, że quest zakończony powodzeniem. 18 stycznia 2015 wrzuciłem tu pierwszą recenzję. 20 stycznia 2016 położyłem łapska na pierwszych książkach, które są moje tylko dlatego, że zobowiązałem się je zrecenzować. Trochę inaczej to sobie wyobrażałem; nie było światła reflektorów, nie było fleszy aparatów – były ciemna piwnica i obiad w styropianowym pudełku. Ale książki są – recenzje wkrótce.

No, ale nie ma co przedłużać. Chuck Palahniuk – Przeklęci.


niedziela, 17 stycznia 2016

Bryliński, Kaczyński - Facecje

Czasem zdarza się, że internetowi twórcy postanawiają wydać książkę. Niekryty Krytyk wydaje ostatnio częściej, niż wrzuca filmy na kanał. Lekko Stronniczy napisali coś, co było podsumowaniem tysiącodcinkowej działalności. Kotarski przeniósł Polimaty na papier, obalając najpopularniejsze mity.

Wszystkie te książki są w porządku, ponieważ autorzy mieli świadomość, że nie mogą przenieść formatu internetowego na papier. Książka Włodka i Karola to nie zapis rozmów na tysiąc tematów, a twórca Polimatów nie napisał podręcznika. Problem pojawia się, kiedy twórca internetowego contentu dochodzi do wniosku, że chciałby to wydać w takiej formie, w jakiej wrzuca do sieci. Kropka w kropkę.


niedziela, 10 stycznia 2016

Chuck Palahniuk - Kołysanka

Chuck Palahniuk. Facet, który napisał powieść, na podstawie której powstał mój ulubiony film. Facet, który pisze książki w taki sposób, że wystarczy kilka zdań, aby wiedzieć, kto jest autorem. W końcu facet, który w każdej powieści tworzy tak wyrazistych, mięsistych i popieprzonych bohaterów, że pamiętasz ich przez długi czas. Jakiś czas temu przeczytałem trzy jego książki za jednym zamachem i nieco się zapowietrzyłem. Teraz nadszedł moment na ciąg dalszy tej znajomości. Gwiazdor przyniósł mi Kołysankę. Chyba nauczył się, że Zniszcz ten dziennik to nieszczególnie dobry pomysł.



niedziela, 3 stycznia 2016

Chuck Wendig - Star Wars. Koniec i początek

Gwiezdne Wojny wróciły. I to z pełną Mocą. Nie ma co się dziwić, że w momencie, kiedy na dekadę po zakończeniu rozczarowującej wielu nowej trylogii Disney wykupił prawa do uniwersum i postanowił wziąć Star Wars na warsztat, reakcje były najróżniejsze. Nic też dziwnego, że postawiono na coś więcej niż tylko kolejna trylogia. (Swoją drogą – jak teraz będziemy to nazywać? Stara trylogia, nowa trylogia i najnowsza trylogia?) Ten tytuł jest już samograjem. Nowe Gwiezdne Wojny! to hasło, które otwiera nie tylko nostalgiczne wspomnienia, ale również kieszenie. Głupotą byłoby nie spróbować ugrać na tym jak najwięcej.

Disney zarządził reset uniwersum. Wszystkie komiksy, powieści czy gry, które były do tej pory uznawane za kanoniczne, stały się jedynie legendami. Fakty to tylko to, co mogliśmy oglądać w kinach oraz wydarzenia przedstawione w animowanych Wojnach Klonów. A także najnowsze książki, które zaczęły pojawiać się w ostatnim czasie, po uzgodnieniu fabuły z Disneyem. Jedną z takich książek jest Star Wars. Koniec i początek, czyli pierwsza część – jakże by inaczej! – trylogii opowiadającej o tym, co działo się pomiędzy VI a VII częścią sagi.



niedziela, 27 grudnia 2015

Joann Sfar - Kot Rabina (tomy 1-6)

Algier. Początek XX wieku. To czasy, kiedy Algieria nie była jeszcze tak skrajnie islamska. Francuski kolonializm, w którym brali udział także Żydzi, zaowocował stworzeniem licznej społeczności żydowskiej w stolicy. Właściwie wystarczy spojrzeć na liczby, mówią same za siebie. W całym kraju żyło wtedy blisko 140 tysięcy Żydów. Nie stanowiło to może pokaźnego procentu, ale z pewnością imponowało bardziej niż dzisiejsza garstka. 600 osób w całym kraju, jak podaje Wikipedia.



niedziela, 20 grudnia 2015

Michel Houellebecq - UIegłość

Z literaturą wiążą się czasem interesujące anegdoty i zdarzenia. Wyobraźcie sobie na przykład zbieg okoliczności, który sprawia, że książka opisująca przejęcie władzy we Francji przez muzułmanów ma swoją premierę w tym samym czasie, kiedy terroryści atakują redakcję odpowiedzialną za godzące w islam karykatury. No cóż – to miało miejsce w rzeczywistości. Uległość Houellebecqa ukazała się jednocześnie z zamachem na redakcję Charlie Hebdo.


wtorek, 15 grudnia 2015

Jakub Ćwiek - Chłopcy. Największa z przygód

Są autorzy, których czytam już w pewnym sensie siłą rozpędu. Urzekli mnie paroma książkami, więc trwam przy nich, nawet jeśli niektóre pozycje mnie rozczarowują. Nawet jeśli fascynacja sprzed kilku lat znacznie już przygasła i nie wczuwam się tak, jak zasiadając jeszcze w gimnazjalnej ławie. Jednym z takich autorów jest Kuba Ćwiek – nie byłbym sobą, gdybym nie zainteresował się ostatnim tomem Chłopców. Największa z przygód kończy bowiem kolejną serię autora Kłamcy.



Cień ma przewagę. Zdołał namieszać Chłopcom w głowach i przeprogramować ich wspomnienia. Zdaje się, że właściwie wszystko jest już gotowe i Piotruś Pan może spokojnie przejmować kontrolę. Tyle tylko, że Pan nie chce wchodzić jak do siebie. Gdzie tu miejsce na przygodę i zabawę, kiedy wszystko ma podane jak na tacy? Ale... czy na pewno ma? Dzwoneczek zdołała wyrwać się spod wpływu Cienia i teraz robi wszystko, aby odzyskać swoich Chłopców. Naprawdę wszystko.

Ćwiekowi spodobała się chyba formuła, w jakiej podawał czytelnikom Kłamcę, Chłopcy są bowiem skonstruowani w bardzo podobny sposób. Seria zaczyna się od wesołych opowiadań – jest jajcarsko i przyjemnie. Są motory, jest BANGARANG!, są przekleństwa, sprośne żarty i sprośne czyny. Potem jednak pojawiają się Piotruś z Cieniem, a świat Chłopców przestaje być już tak kolorowy. Największa z przygód to ostatni tom, domknięcie serii. Z góry wiadomo, że będzie się działo – akcja stanęła w miejscu, w którym tylko porządne zamieszanie może cokolwiek rozwiązać. Dzwoneczek musi skonfrontować się z Panem i Cieniem. Musi też ostatecznie rozwiązać sprawy z Chłopcami – w szafie tej rodziny pojawiło się już wystarczająco dużo trupów, żeby nie dało się jej domknąć.

Trupy pojawiają się także w historii, po obu stronach barykady. Życie to nie Nibylandia i Ćwiek doskonale to pokazuje. Śmierć – największa z przygód – jest obecna w Chłopcach i wcale nie jest zabawna. Ta seria to w ogóle coś więcej niż gloryfikacja zabawy i beztroski. To przykład, do czego może doprowadzić brak poczucia odpowiedzialności i pozostawanie wiecznym chłopcem. Dowód, że zabawa i radość są w porządku tak długo, jak długo jest się w stanie z nich zrezygnować, żeby zrobić to, co zrobić należy.

Nie przesadzę, kiedy powiem, że to seria o dojrzewaniu. O dojrzewaniu do brania odpowiedzialności za swoje czyny i pogodzenia się z tym, że świat nie zawsze jest kolorowy. Dojrzewaniu do tego, że nawet najbliżsi czasem ranią, ale trzeba umieć im wybaczać. Brzmi to wszystko trochę patetycznie, ale co poradzę, że o tym te książki - gdzieś w głębi – są?

Zastanawiam się, na którym konwencie padnie teraz pytanie dlaczego zakończenie jest takie beznadziejne? Bo zakładam, że wszystkim tym, którzy kręcili nosem na koniec przygód Lokiego, pożegnanie z Chłopcami też nie przypadnie do gustu. Znów bowiem zapowiada się coś naprawdę grubego, bomba wisi w powietrzu, a kończy się... lżej. Moim zdaniem – bardzo odpowiednio.

Tytuł: Chłopcy. Największa z przygód
Autor: Jakub Ćwiek
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Data wydania: 2015
ISBN: 9788379244973
Liczba stron: 400

niedziela, 13 grudnia 2015

Znasz dzień i godzinę

Dzisiaj będzie trochę inaczej. Pogodziłem się już z faktem, że nie dam rady dokończyć Wyzwania. To co - i tak przeczytałem dużo książek, których sam z siebie pewnie bym nie tknął. Teraz jednak czuję już tylko presję, a przez to czytanie przestaje być przyjemnością. A chyba nie o to chodzi, co?

Dlatego dziś totalnie przełamię konwencję, na pohybel rutynie. Jest niedziela, więc niby czas na recenzję wyzwaniową, a nie będzie recenzji w ogóle. Będzie jednak tekst, który mógłbym zakwalifikować do jednej z kategorii - bo to tekst autora o inicjałach jednakowych z moimi. Mój, mówiąc konkretniej. 

Kiedy go pisałem, byłem z niego całkiem dumny. Teraz parę rzeczy zrobiłbym pewnie inaczej, ale nadal uważam, że to dobry tekst. Wiem, że cholernie długi, jak na standardy tego bloga, ale polecam!

czwartek, 10 grudnia 2015

Marcin Mortka - Wyspy Plugawe

W styczniu pojawiła się pierwsza recenzja na tym blogu. Dotyczyła Czarnej Bandery Jacka Komudy. (Piszę Jak Debil, Bo Każde Słowo Wielką Literą.) Dzisiejszą recenzję uznajmy więc za swego rodzaju pętlę – ten rok bowiem powoli się już kończy, a ja znowu napiszę parę słów o piratach.

Zanim jednak przejdę do konkretów, lojalnie uprzedzam – Wyspy Plugawe to już drugi tom przygód Rolanda Wywijasa. Jeżeli któreś z Was nie miało jeszcze okazji sięgnąć po Morza Wszeteczne, a lubi pirackie klimaty i chciałoby to nadrobić – lepiej nie czytać, ponieważ możliwe są spoilery dotyczące pierwszej części. Postaram się ich jak najbardziej uniknąć, jednak to i owo trzeba będzie zdradzić.



Roland Wywijas jest kapitanem jednej z najdziwniejszych załóg pirackich, jakie kiedykolwiek pływały po morzach. Dowodzi zgrają łachudrów z Mórz Wszetecznych, a powszechnie wiadomo, że pochodzący stamtąd ludzie są bardzo często dziwacznymi mutantami. I tak oto w załodze Rolanda znajdują się Rozbgryzg, który byłby wybitnym politykiem, bo z każdym słowem leje wodę, Ognik – ten z kolei potrafi wygłaszać dość... ogniste przemówienia – czy Grzmot, satyr mówiącytakszybkożeniemalniesposóbgozrozumieć. Sam Wywijas też nie jest zresztą najzwyklejszy – z pleców wyrastają mu macki, idealnie nadające się do podduszania i szarpania piratów.

Kapitan z załogą zdążyli już sporo namieszać. Starczy powiedzieć, że Rolandowi udało się nawet trafić do piekła. A później z niego wyjść! Tyle tylko, że wiadomo, jak to z tymi diabłami jest – nie puszczą cię nigdzie, dopoki nie postawisz parafki w odpowiednim miejscu. A jak już postawisz, to po zawodach, mają na ciebie haka. Nic więc dziwnego, że na kartach Wysp Plugawych Roland miota się i kombinuje, aby jakoś uwolnić się i całą załogę od piekielnej dokumentacji. Ale cyrografy to nie wszystko – znajdzie się też miejsce na łodzie podwodne, zbłąkane dusze i utarczki z przeszłości.

Polubiłem tę zbieraninę. To bez dwóch zdań ciekawa załoga i nie tylko przez nadprzyrodzone zdolności niektórych jej członków. Miło czyta się o ich trwodze na dźwięk słów mających więcej niż cztery sylaby, przyjemnie jest być świadkiem ich wzajemnych docinek. W końcu można się zachwycić tym, jak poprowadzona została postać Rolanda – niby to kawał gnoja i nieznoszący sprzeciwu, twardy kapitan, a jednak miewa przebłyski, momenty, w których myśli ciepło o swoich kamratach. To taki surowy, ale w gruncie rzeczy kochający ojciec.

Nie znam się na statkach i żegludze. Totalnie. Największy okręt nad jakikolwiek sam sprawowałem kontrolę mieścił jedną osobę i był dmuchany. Mortka natomiast zrobił porządny research i w książce nie brak fachowej terminologii. Bardzo się cieszę, że wszystkie maszty zawierają w swojej nazwie jednak człon -maszt, a burty -burtę, bo – chociaż mogłem mylić strony – całość i tak dało się przeczytać bez nieustannego ślęczenia z nosem w słowniku. Choć nie ukrywam, że orlopdek musiałem guglować.

Co tu kryć – podobało mi się. Znowu. Momenty, które miały być zabawne, rzeczywiście były zabawne, tęgie rozkminy Rolanda zasługują na oklaski, a przedstawiony na kartach książki piracki żywot sprawia, że aż chce się zaciągnąć na jakiś okręt. Albo chociaż obejrzeć Piratów z Karaibów... Jestem na tak. Myślę, że tych, którzy czytali Morza Wszeteczne do Wysp Plugawych szczególnie zachęcać już nie trzeba, ale wszystkich tych, którym ta przyjemność umknęła, bardzo zachęcam.


A że książkę wygrałem dzięki jednemu z najdurniejszych pomysłów, to już nie będę się chwalić.

Tytuł: Wyspy Plugawe
Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo: Uroboros
Data wydania: 2015
ISBN: 9788328021280
Liczba stron: 382